...ale splot różnych wydarzeń nie pozwolił mi opisać wcześniej jak ten jedyny w swoim rodzaju System Eliminacji Studentów przebiegał w moim wypadku. Pierwsza potyczka miała miejsce 30 stycznia, głównodowodzącym dr Janusz Szuster, ja zaś podobnie jak zdecydowana większość roku (nie licząc "wybrańców" którzy uzyskali zwolnienie :) szarymi żołnierzami. Mimo prawie 4-dniowych przygotowań poległem, z miernym wynikiem... Nie było czasu na topienie smutków, gdyż już dnia następnego czekała mnie fizyka. Z listy 24 zagadnień teoretycznych, zdążyłem "nauczyć" się jedynie kilku z początku, środka i końca. Uzbrojony w ściągi (tak, ja zrobiłem ściągę) pomaszerowałem i zaskoczyłem się srogo. Jeszcze nie widziałem żeby ktoś tak pilnował na jakimkolwiek egzaminie. Mimo że było tylko dwóch obserwatorów na auli, wyjęcie ściągawki było w moim odczuciu cholernie trudne, a co dopiero skorzystanie z niej. Pikanterii nadawał fakt, że przyłapanie na ściąganiu nie było odnotowywane na głos, lecz jedynie zapisywane na kartce. Pomyślne wyjście z sali niczego nie gwarantowało. Końcem końców i niezłym fuksem udało się za pierwszym podejściem - 3.0 (intuicja mówiła mi że będzie zasada Huyghensa-Fresnela i była :)
Nastał dzień przerwy i już 2 lutego przyszło mi się spotkać z dr Kółeczko. Algebra liniowa z geometrią analityczna (przedmiot, z którego wprost szalałem na kolokwiach - odpowiednio 2 i 1 pkt :) Na dzień przed egzaminem, podczas nauki z kumplami dopiero uświadomiłem sobie ile tematów było dla mnie zupełnie nowych i które to tematy opuściłem... Nie mogło być inaczej, poległem i tutaj...
Sobota, 3 lutego upłynęła pod znakiem Teoretycznych Podstaw Informatyki. Przedmiotu z którego wykład "uświetniłem" swoją obecnością tylko 3 razy (środa, godzina 8:15 i same wykłady tego dnia zrobiły swoje w połączeniu z moim lenistwem). Razem z moim kolegą Karolem opracowywaliśmy odpowiedzi na pytania z teorii automatów. Po spędzeniu nad tym dobrych kilku godzin i umieszczeniu opracowania na forum, okazało się że ktoś zrobił już takowe, w poprzednich latach, ale postanowił że podzieli się dopiero po tym jak się napracowaliśmy. Cóż. Na ćwiczenia ze schematów NS nie starczyło mi już czasu. Poszedłem na egzamin, napisałem tyle ile wiedziałem i totalny szok... 4.0. Z trudem wywalczyłem zaliczenie z laboratoriów, a tu takie zaskoczenie. Od razu zachciało się walczyć. Dzień oddechu i 6 lutego - drugie podejście z logiki. Poszło już lepiej, udało się zdobyć zaliczenie, ale do upragnionego 3.0 dalej brakowało zrozumienia choćby równoliczności...
7 lutego - drugie i zarazem ostatnie podejście z algebry. Miałem niezłego pietra, bo to już ostatni termin, a po nim był tylko komis. W dodatku moja wiedza od zeszłego tygodnia nie uległa jakiejś wyjątkowej poprawie... Ale uratował mnie element neutralny i ułamki proste w ciele R... 3.0 jest :)
8 lutego, pierwszy termin z matematyki dyskretnej. Teoretycznie najtrudniejszy i najstraszniejszy egzamin, niekoniecznie ze względu na materiał, a raczej ze względu na prowadzącego. Nie uczyłem się ani joty, szedłem raczej z zamiarem obejrzenia zadań i przygotowania się na następny, odległy termin. To co nas spotkało zaskoczyło dosłownie wszystkich. Podyktowano nam tylko zadania z teorii, a potem okazało się że cały ten egzamin był jedną wielką podpuchą i nie miał żadnego znaczenia. Osoby które uzyskały zaliczenie, dostały też 3.0 z egzaminu. To uczucie było wprost niesamowite... Tak niesamowite że skończyło się przyziemnym obudzeniem dnia następnego z bólem głowy, uczuciem odwodnienia i ogólnym otępieniem, które utrzymywały się wyjątkowo długo...
13 lutego, miał miejsce trzeci termin egzaminu z logiki, pomimo jeszcze większej nauki niż poprzednim razem, poszło zdecydowanie gorzej niż poprzednio. Z optymistycznego planu uzyskania jednego dni ferii (nowy semestr zaczynał się 15) pozostało jedynie przełknąć gorzką pigułkę i zacisnąć zęby. 4 termin, nazywany "miłosiernym" (dosłownie i w przenośni, choć nie ze względu na łatwość zadań) odbył się 17 lutego w godzinach popołudniowych. Pozytywna ocena zaczynała się od 25 punktów, mi udało się ustukać "aż" 27. Ostatnia ocena, ostatni egzamin... Gdy wróciłem do pokoju, dosłownie uszła ze mnie para, ale czułem radość.
Edit: Dzięki Tresie za zauważenie złych ram czasowych. Zamyślony chłopak jestem :)